Soilwork – The Living Infinite

_DSC0287 — kopia

Jaki to jest ogromny album. Potwór, który zaatakował z zaskoczenia. Wszystko przez Szurzego, który podsunął mi ten album. Będę szczery, nie słuchałem i nie słucham takiej muzyki zazwyczaj. Nawet nie wiem jaki rodzaj metalu to jest. Podobno to Melodic Death Metal. Nie wiem czemu zwie się death, ale podokreśleniem „melodic” mogę się spokojnie podpisać.

Bo właśnie ta melodyjność zaintrygowała mnie w tym zespole. Tak więc odpaliłem The Living Infinite na Spotify i spróbowałem to poznać.

Pierwszy numer – czyli Spectrum of Eternity odrzucił mnie – wydawał mi się zbyt srogi, z tym zimnym, poważnym intro. Jednak jak tylko przez niego przebrnąłem zaczęło się robić bardzo ciekawie. Tu naprawdę jest masa pięknych melodii. Drugi na płycie Memories Confined ma przepiękny refren – czuć w tym duszę. Genialnie łączy się to z przerażającym wrzaskiem. Nie wiem dlaczego, ale człowiek ma się ochotę przytulić do tego refrenu.

Będę rzucał terminami, ale wstęp do This Momentary Bliss jest bardzo powermetalowy (moja wiedza na ten temat ogranicza się do kilku zespołów, np Stratovariusa). Zastanawiam się kto wymyślał te wszystkie Black, Gore, Power, Speed i Black metale.

Wracając do płyty, po raz kolejny genialny wokal w całym utworze. Rzeź w zwrotkach by nagle utworzyć mega pozytywną melodię. Potem chodzi się i nuci to po mieszkaniu. Nigdy bym nie wpadł na to, że będę podśpiewywać kiedyś Death Metal, ale to po prostu włazi w głowę. Do tego świetne solóweczki. Po prostu bardzo dobra muzyka. Znowu będę przynudzał, ale kolejne kawałki mają dla mnie ten sam (wcale nie zanudzający) patent. Rzeźnia, rzeźnia, krew, krew, flaki, a tu nagle bąbelki i motylki w numerze Tongue. W tym kawałku zresztą pod koniec czuć lekko bluesa i klimat Satrianiego. Mega utalentowany jest ten zespół.

_DSC0298 — kopia

Na płycie znajdują się też dwie części tytułowego The Living Infinite – pierwsza część bardzo fajnie się nakręca. Czuję się w tym numerze jakbym krążył nad ziemią i wznosił się coraz wyżej – dałbym go na jakiś soundtrack do Helikoptera w ogniu.

Są też takie numery, które zniechęcają swoją brutalnością. Tylko, że panowie znowu potrafią wyżymać z nich ciekawe melodie. Do takich mało „zachęcających numerów” jak dla mnie należą na przykład Let the First Wave Rise albo Realm of the Wasted – jednak ciężko przejść obok nich obojętnie. Po prostu jestem ciekawy co oni tam wymyślą, jak postarają się to upiększyć. To samo z numerem Vesta – znowu bestia i piękna – jedno bez drugiego jednak istnieć nie może.

Ta delikatność i spokój odwrotnie zaprezentowane są w The Windswept Mercy i  Whispers and Lights – tu są one główną częścią, przerywane tym razem przerażającym wrzaskiem. Mnie znowu porywa ta melodyjność ich refrenów. W pierwszym to piękno, w drugim ta moc.

_DSC0299 — kopia

Druga płyta zaczyna się od instrumentalnego burzliwego Entering Aeons – faktycznie jest to uczucie wstępowania w nowe życie, światy – piękny wstęp do Long Live The Misanthrope. Bardzo mocnego i mało upiększonego numeru wokalnie. Jest tu troszkę delikatności, ale jak dla mnie to walka na solówki obu gitarzystów jest punktem najważniejszym.

Drowning in Silence – zapadający w pamięć tekst- Nothing’s changed, nothing will, we still live the other truth – no i te piękno we wrzaskach. Tu się dzieje tak dużo, bardzo podobają mi się te przestoje gdy jest trochę ciszy, by zagrały solówki, a potem znowu ściana dźwięku.

Muzycznie najdelikatniejsze na całym albumie jest chyba Antidotes in Passing – piękny delikatny numer, który przy pytaniu Where is the Light? zmienia się bardzo zaskakująco,tak, że czuć delikatnośc mocy. No i dające nadzieję i spokój słowa „There must be light, take me home, where the truth unfolds” – naprawdę ogarnia człowieka spokój i czuć się jak w domu.

Leech – ma podobną konstrukcję do wcześniejszych numerów – to jest ten moment, gdy już mnie nie zaskakuje. Druga część tytułowego numeru podobnie – jest solóweczka, jest ładny i straszny wokal – ale już nie porywa. Choć oczywiście jest kilka ładnych momentów.

Fajnie, że jest instrumentalny dłuższy numer – Loyal Shadow – to świetne gitary – trochę odpoczynku od wrzasków i śpiewu.

Rise Above the Sentiment – spokojnie ukazuje to co pojawia się na całym albumie – jak najbardziej nadaje się na reprezentanta.

Parasite blues – bardzo hardrockowo! Nie spodziewałem się takiego wstępu. W refrenie znowu bąbelki! Po prostu miło się robi i ciężko się nie uśmiechnąć.

_DSC0295 — kopia

Na sam koniec przytłaczający i depresyjny numer – jest bardzo ciężko i ślamazarnie- jednak jest to coś innego, drugiego takiego numeru nie ma na płycie, przyjemnie to wszystko czołga się powoli po ziemi. Do tego nawiedzone gitary tworzą klimat jak z horroru.  Do czasu aż pojawia się przerażenie i strach. Tak by zapamiętać coś na koniec.

Ogromnie spodobał mi się ten album, byłem w szoku, że nie tylko go wysłuchałem, ale też zakupiłem. Zresztą w pięknej wersji na dwóch niebieskich winylach. Są piękne i to jedyne kolorowe jak dotąd LP w mojej kolekcji. Zawsze jak je odpalam to jest święto.

 

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s