Pearl Jam – Live at the Gorge 05/06

_DSC0340

Pearl Jam lubi wydawać płyty koncertowe. Bootlegów można znaleźć chyba tysiące. Ja dostałem pod choinkę 2007 ten oto boxset z trzema koncertami na 7cd. Zazwyczaj narzekam, że płyt nie dostaje od żony, ale tutaj się sprawiła. Wychodzi więc jedna płyta na rok.

Amfiteatr w Gorge, oddalone 149 mil na wschód od Seattle, to musi być przepiękny obiekt . Wystarczy, że wpiszecie sobie w googlu i możecie podziwiać to magiczne miejsce. Wcale nie dziwi mnie, że te koncerty zostały więc zarejestrowane, szkoda jedynie, że nie ma ich na video.

_DSC0369

Pierwszy koncert zarejestrowany został w 2005 roku. Na trzech płytach jest tu już cały przekrój dyskografii, zaczynając od spokojniejszych i bardziej akustycznych numerów na 1cd, następnie mocniejsze numery by zakończyć numerem The Who na trzeciej płycie. Sam koncert również zaczął się coverem Ramonesów. Miło posłuchać tej interakcji między Eddiem, a publicznością. Zwłaszcza gdy chcą obudzić Toma Petty, który miał dać koncert dzień później i podczas występu Pearl Jam spał gdzieś w pobliskim hotelu. Na tym pierwszym koncercie mnie najbardziej cieszą te mniej znane numery, które pojawiły się Lost Dogs – Man of the hour, Hard to imagine, Sad. Pojawia się też troszkę błędów w tekstach jak na przykład w Off he goes, albo lekka i pięknie obrócona w żart pomyłka w Betterman. Publiczność doczekała się również twórczości Toma Petty, gdy zespół zagrał jego I won’t back down. Pod koniec pojawiła się jeszcze piękna wersja Crown of Thorns – uwielbiam ten numer.

_DSC0334

Na tej drugiej płycie brakuje mi już tego gadania Edkowego. Zaczyna się od mega ciekawych utworów jak np. Wash czy Hail Hail. Następnie dwa numery z malutko lubianego przeze mnie albumu. Przyznam, na żywo wypadają lepiej z pewnością. Jednak do Severed Hand wciąż jakoś nie mogę się przekonać. Ma ładne gitarki na koniec – to lubię. Dopiero po piątym numerze odzywa się Eddie – wita, narzeka na pogodę. Później lecą już klasyczne numery, po Even Flow pojawia się zaskakujące Down oraz Gone- no i to lubię jeszcze bardziej! Gone szczególnie jako jeden z niewielu kawałków z Avocado naprawdę dobrze brzmi. Później przy przecudownym zachodzie słońca grają Black (tu nagrał ktoś). Ja nie wiem jak oni to robią, że potrafią wpasować Black na zachód – jesli dobrze pamiętam to w Gdyni też tak było. Black jest przepiękne na koncertach – ma w sobie tyle cudownych momentów, i jeszcze ten Mike z solóweczką na koniec. Musimy zwolnić bo gramy tu jutro – albo w cholerę, pieprzyć tych jutrzejszych! Tak Zaczyna się druga część koncertu. No i jakże piękny rarytas – Footsteps! Balsam dla duszy – oj chciałbym to usłyszeć na żywo. Wszystko się potem zgadza bo mamy Once i Alive. Czyli cała trylogia momma son. Kolejność może nie jest zachowana jak w oryginale, ale i tak piękna sprawa. Zaraz potem State of love and trust i Crown of Thorns – same legendarne dźwięki. Piękne wykonanie Porch – zwłaszcza ta instrumentalna suita. Mocna końcówka tego koncertu – Go, Baba, Rockin. Pomiędzy nimi jeden z tych gównianych utworów – jak to zapowiada Eddie. Ja tam akurat lubię Dirty Frank. Dzień kończy się Yellow Ledbetter wraz ze wstawkami z utworu pewnego pana, który też pochodził z Seattle. Cała setlista ciekawa – podobno stworzona przez znajomego zespołu – chciałbym kiedyś mieć możliwość stworzenia swojej setlisty – marzenie.

_DSC0346

Pieprzyć tych jutrzejszych! Czyli tych z ostatnich płyty – zespół oczywiście ostro zażartował. Zresztą pewnie wiele osób powtórzyło się na tych koncertach – ja doliczyłem się 18stu nowych utworów podczas tego drugiego dnia. Z pewności nikt się nie poczuł oszukany. Zaczyna się od tych mniej lubianych, ale na pierwszej części można znaleźć takie ciekawostki jak Whipping, Bugs, In Hiding. Jednak pierwszym numerem, który mnie ucieszył jest God’s Dice – mam jakoś sentyment do tego numeru. No, a potem bardzo żywotnie bo jest Animal i Do the Evolution. Eddie tak naprawdę wita się dopiero po 9tym kawałku. To tak przed dwoma numerami z Avocado – później po pięknej wersji Betterman odzywa się po raz kolejny by zadedykować Army Reserve ludziom w Iraku – numer, który nawet lubię, zwłaszcza te gitarki. Po raz kolejny mniej lubiany numer broni się w wersji na żywo.

No i jest też Garden! Ciekawie mocno rozpoczęte – te gitary są nietypowo tu wprowadzone.  Jednak ostatecznie czegoś tu brakuje – tak, że przyznam, że ten numer jakoś brzmi tak licho – może tak mi się zdaje. Bardzo cieszy mnie za to Rats i elegancko z życiem wykonane Whipping.

Druga część koncertu zaczyna się od I won’t back down -w nawiązaniu do koncertu z poprzedniego roku. Oprócz tego Eddie zadaje publiczności ciekawe pytania. Ta wersja jest już chyba bardziej przećwiczona bo Eddie pięknie to wyśpiewał. Life Wasted i Big Wave, zaraz potem Satan’s Bed – czadzior! Spin the Black Circle jeszcze bardziej czaderski! Alive i Given to Fly jako standardy, a później Mike przypomina to czym zakończył koncert dzień wcześniej. Pięknie wybrzmiewa Little Wing. Crazy Mary śpiewane jak zawsze z publicznością, a potem Comatose, które brzmi genialnie! Piękna energia od zespołu. Nie było coverów? Jest więc Fuckin’ Up Neila Younga. Później długie pożegnanie i podziękowanie od zespołu przed kończącym Yellow Ledbetter znowu z hymnem.

_DSC0341

Trzy koncerty, a za każdym razem wyjątkowe – dlatego właśnie zamierzam znowu jechać na Openera na PJ. Bo wiem, że będzie warto przeżyć te chwile. Każdy koncert jest wyjątkowy (dla maniaków polecam też obejrzeć koncert z Gorge z 1993). Do zobaczenia w lipcu!

9 Comments Add yours

  1. no1objector pisze:

    I w tym tkwi fenomen tej grupy, ich koncerty są po prostu jedyne i unikatowe. Przy całym szacunku dla innych zespołów, to żaden znany mi zespół tak głęboko nie sięga do swoich archiwów podczas występów jak PJ właśnie. Aż dziw bierze, że to wszystko jeszcze pamiętają.

  2. ja ci to kupiłam??:)

    1. tomilol pisze:

      łeeee, to pewnie ja wybrałem.. no to się nie liczy jako Twój zakup

  3. Rolu pisze:

    Też mam i uwielbiam:) A miejsce festu jest nieziemskie:)

    1. tomilol pisze:

      dziękuję, skorzystam🙂

  4. Kusy pisze:

    Super🙂 bardzo podobały mi się Pana recenzje albumów PJ chociaż osobiście mam dużo lepsze zdanie o płycie „Pearl Jam” i to od niej zaczęła się moja przygoda z zespołem😉

  5. matiik2 pisze:

    Ale tego wydania to Ci zazdroszczę, dawno temu kupowane ?

    1. tomilol pisze:

      dostałem pod choinkę.. oj nie pamiętam już którą, ale pamiętam, że od razu jak wyszło

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s