Queens of The Stone Age – Lullabies to paralyze

_DSC0281

No i jest halloween. To straszne hamerykańskie święto. To, które zagraża naszej tradycji, kulturze. To, które jest takie okropne, bleee i w ogóle. Niech sobie będzie, mi tam nie przeszkadza, chociaż nie biorę w nim udziału, ani nie czuję potrzeby kiedykolwiek brać. Może kiedyś mi się odmieni. Może za rok nie będę udawał, że mnie nie ma w domu, gdy rozlega się dzwonek do drzwi 31 października. Przecież, tak może być, że za rok otworzę tym dzieciakom przebrany za coś strasznego. W żaden sposób nie zmieni to mojego spojrzenia na to co się dzieje 1 listopada. Nie zmieni moich tradycji. Ja, nie czuję się zagrożony przez dynie i potwory.

Do tego dzisiejszego dnia potrzebowałem czegoś amerykańskiego, czegoś strasznego. Qotsa z prawie całym swoim dorobkiem pasuje tu wyśmienicie. Jak dla mnie Lullabies to paralyze to idealny album halloween’owy.

_DSC0283

Ja go poznałem będąc w kolegium. Przesiadywał bardzo często w moim discmanie (którego zresztą ostatnio odnalazłem!).

Zaczyna się od Medication. To znaczy tak naprawdę od intro This Lullaby  (jedno z ulubieńszych do wymowy słów Kasi) – przepięknie zaśpiewane przez Lanegana, wielka szkoda, że nie jest to dłuższa piosenka. Mógłbym go słuchać i słuchać (tak przy okazji, wciąż nie zapoznałem się z jego najnowszym dziełem, niech poczeka, przyjdzie i na to pora. Tak więc zaraz po intro mamy Medication – świetne tempo, nisko brzmiąca gitara, wrzaski, trzaski. Po prostu typowe QOTSA do auta. Zaraz po tym mamy przepiękną solówkę w Everybody knows that you’re insane. Cudownie wolno zaczyna się ten kawałek, kto by się spodziewał, że po chwili zrobi się takie skoczne tempo. I tytuł deklamowany w refrenie na kilkadziesiąt innych sposobów. Nie potrafię się powstrzymać od śpiewania z Joshem.

_DSC0284

Ahh ten riff w Tangled up in plaid. Szkoda, że w książeczce nie ma tekstów bo bym sobie jeszcze do tego pośpiewał. No, a tak znam tylko kilka fraz, które oczywiście zawsze nucę. Bardzo podoba mi się połączenie tych dwóch światów w tym numerze. Taki gruby riff, zaraz potem cieniuteńkie solóweczki (w sensie piskliwe, a nie słabe). W sumie to może o tą szkocką kratę grubych i cienkich wzorów chodzi w tym tytule, tak sobie teraz wymyśliłem.

Burn the witch, po Openerze kojarzy mi się tylko ze śpiewanym przez publiczność rytmem. Szczerze byłem zaskoczony, że ten numer jest aż tak znany. Jest to zaraźliwe, trzeba przyznać. Teledysk do tego przedziwny i prosty, ale wpasowuje się w dzisiejszy klimat.

In my head – zawsze mnie zastanawia jak dwumetrowy facet może śpiewać takim falsetem i wciąż być cool. Jest cool mimo tego, czy właśnie przez to? To kolejny świetny numer do auta, królowe mają ich całą masę. Przechodzimy do numero uno z tego albumu – Little Sister. Numer idealny – brzmi dla mnie bardzo Elvisowo. No i ten „krowi dzwonek” – od razu przypomina mi się ten legendarny skecz z Christopherem Walkenem – „I gotta have more cowbell!” Skecz, który podobnie jak i tę piosenkę mogę odpalić million razy i nigdy nie będzie mi dość.

_DSC0285

I never came to ładna głośna ballada z komarzastymi solówkami. Jest ładnie, ale zaskakująco głośno jak na taki spokojny numer. Co do tytułu, jego znaczenie zmieniło mi się po nagraniu na youtube gdy jedna kobieta krzyczy „I never came, I never came!”. Odpowiedź Josh’a na te okrzyki jest dość oczywista( tutaj w 10minucie i 5sekundzie).

Jak można nie uwielbiać tego łamanego tempa w Someone’s in the wolf. Czasem tak myślę co mnie pociąga w takim utworach,  przecież normalnie po nich powinna boleć głowa. Może ja po prostu nie jestem normalny. No bo przecież w takim Blood is love nie powinno być nic urzekającego – a dla mnie jest tak intensywnie, tak ciekawie, tak soczyście. Tego wokalu nie słychać, ale jest idealnie.

_DSC0286

Podobnie ze Skin on Skin, które jest w sumie takie trochę ohydne. Masakra co tam siedzi w głowie Josha. Broken Box jest natomiast zbyt piskliwe, no ale ja nie potrafię wcisnąć NEXT na pilocie. Ładne, spokojne tempo robi się w You got a killer scene there, man… No i wcale nie jest to preludium do jakiegoś szaleństwa. Jest klimatycznie, trochę jak taki ciągnący się western z Clintem Eastwoodem. Na pożegnanie mamy Long, Slow Goodbye – bardzo lubię. Akustyczna gitarka, tamburyn, nie skomplikowane, chyba nawet łatwe do zagrania. Szkoda, że nie potrafię. Jak dla mnie piękny prosty utwór na pożegnanie. Szczególnie lubię te śpiewane pięknie gooooooodbye pod koniec. NO, a na sam koniec piękne trąby. Tak kultowo się to kończy.

Na moim wydaniu jest jeszcze bonusowe Like a Drug – fajnie, że jest, ale nie pasuje mi do reszty. No, ale dają gratis to trzeba brać!

4 Comments Add yours

  1. a kyussami sie cos jarasz ?

    1. tomilol pisze:

      jaram, może mniej niż QOTSA.. w kolekcji jedna płytka.. trzeba uzupełnić🙂

      1. fajna stronka nie wiem jak na nią wczoraj trafiłem ale będę odwiedzał

      2. tomilol pisze:

        dzięki🙂 zapraszam częściej więc

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s