Pearl Jam – Vs.

_DSC0227

Rok minął bo to właśnie 27 października 2012 rozpocząłem spisywanie swojej kolekcji. Zazdroszcząc mojej żonie popularności🙂. Pamiętam, że była to sobota, a my wędrowaliśmy z naszym psiakiem po łydki w śniegu. „Może byś w końcu spisał gdzieś listę swoich płyt?” – rzekła ona. „Tak bym wiedziała jakie już masz”. Spisywanie tego w Excelu wydało mi się zbyt proste i zbyt mało osobiste, jako, że każda ta płyta jest dla mnie ważna. Warto coś tam o nich wspomnieć. Tak więc narodził się pomysł „Kudłatego słuchania”. No, a tak przy okazji, żadnej płytki mi żona jeszcze nie sprawiła. Na szczęście sam potrafię o siebie zadbać. Rok temu miałem tyle energii, że pierwszego dnia powstały aż dwa wpisy. Dziś pójdę na łatwiznę. Będzie jeden, ale w pewien sposób podwójny.

Vs. jest dla mnie bardzo ważną płytą. Chyba jedną z ważniejszych w dyskografii Pearl Jam’u. Jest ona na tyle istotna, że mam ją w dwóch egzemplarzach. CD nabyłem wiele lat temu(choć najpierw miałem kasetę). Wersję winylową kupiłem w tym roku. Pamiętam, że było to w dniu jednego z moich ostatnich obowiązków jako wychowawca klasy. Taki sobie upominek na pamiątkę sprawiłem.

Cieszę się, że mam je obie. Obecnie częściej winyl gości w odtwarzaczu. Kompakt sprawdza się w aucie, zwłaszcza w trasie.

To jest pierwszy album PJ jaki usłyszałem w całości. Pamiętam, że dorwałem go w antykwariacie w Zielonce i nie potrafiłem się odczepić od tej kasety.  Chyba właśnie przez to, że najpierw miałem kasetę, winyl jest mi bliższy. To przez to, że muszę wstać, ruszyć tyłek i zmienić stronę. Tak by zabrzmiały pierwsze dźwięki Go lub na stronie B Blood. Każdy numer był czymś wyjątkowym. To wyglądało tak jakbym uczył się każdego po kolei. Do każdego wymyślałem sobie historię co do tekstu. Nadal nie mam pojęcia co „autor miał na myśli” w wielu w nich. No, a czasem jest tak, że jakiś fragment tekstu jest dla mnie ważny. Emocje na tym albumie są tak zróżnicowane, poprzez złość, wściekłość, obojętność.

_DSC0229

Tytuł Vs. jest dość oczywistym wyborem. Większość tego albumu to bunt przeciwko czemuś. Początkowo album miał się nazywać 5 against 1. Tytuł został zmieniony w ostatniej chwili więc ktoś może nawet mieć wydanie ze starym tytułem. To dopiero byłby rarytas. Wersja CD i winylowa różnią się okładkami. Ta sama owca, jednak w dwóch różnych ujęciach. Ta z kompaktu jest bardziej wściekła, bardziej pasuje mi do tego materiału. Cieszę się jednak, że mam inną na winylu. Szczerze, to kupując ją nie zauważyłem różnicy. Przychodząc do domu i porównując zwróciłem na to uwagę. Od razu więc szukałem innych różnic. Tak więc pierwsza sprawa to książeczka CD Vs. wkładka winyla. O wiele przyjemniej odwraca się kolejne strony książeczki, jednak wizualnie wkładka jest mi bliższa. To chyba dlatego, że jest ona pierwowzorem. Widać tam wszystkie zapiski i można rozróżnić, które pisane są ołówkiem, długopisem, gdzie użyty jest korektor. Wersja CD jest skserowana (czasem na tak kiepskim ksero jakie mam w pracy). Jest bardziej rozmazana. Oprócz tego są małe zmiany, przykładowo wklejone są zdjęcia w dwóch utworach. Na plus książeczki przemawia więcej zdjęć. Kolejna różnica to same krążki. Wiadomo, że nic nie przebije winyla, ale sam krążek CD został sprytnie wydany w pomarańczowym kolorze.

_DSC0228

Uwielbiam ostrość tego albumu, Go zaczynające się jak zwykłe jammowanie. No i te potężne uderzenia perkusji Abruzzesse. Utwór całkowicie zaprzeczjący tego co było na ich debiucie. Jest brudno, ostro, chaotycznie. No i przecudowne solówki McCready’ego, który na samym końcu rzuca swoim Telecasterem o ziemię. Energii część dalsza, Animal to znowu wściekłość i złość. No i ten wers „I’d rather be with an animal”. Eddie zdziera tu straszliwie głos, a w tle znowu piękne brudne solówki. Zaraz po tej energetycznej dawce mamy Daughter – to totalne odcięcie. Tekst o niedopasowaniu, trudności z przezwyciężeniem słabości, być może o przemocy domowej. Tak delikatnie nagrane, jednak tak brutalne w tekście.

Glorified G jako wyśmianie posiadaczy broni. Słowa rozpoczynające „Got a gun, in fact got two” to słowa perkusisty, który bywał w konflikcie idei z resztą zespołu. Zresztą, cały tekst powstał z zapisków Eddiego podczas rozmowy na temat posiadania broni. Jestem ogromnie ciekawy jak to się grało Dave’owi na koncertach. Jak mam takie wrażenie, że ta perkusja tutaj jest jakoś tak bardziej delikatna. Tak jakby nie dawał z siebie tyle co zawsze. Przecież siłą Dave’a jest właśnie uderzenie. To jak on naparza we wcześniejszym Go, Animal, albo potem w Leash i Rearviewmirror. To właśnie przez taki styl gry nabawił się stanu chorobowego zwanym Zespołem Cieśni Nadgarstka. Ja osobiście zawsze uwielbiałem jego styl. Był idealny do tych dwóch albumów w których uczestniczył. Wtedy gdy zespół charakteryzował się złością i buntem.

_DSC0231

Dissident – przepiękna kompozycja. Wszystko tu się zgadza. Jest idealny bas, perkusja. To jest chyba jeden z moich ulubieńszych momentów na albumie. W.M.A – dosyć nietypowa jak dla PJ kompozycja. Brzmi mi bardziej w stylu Red Hotów – temat brutalności wśród policji, rasizmu, niesprawiedliwości. Niesamowity jest ten duch w tym kawałku. W pewnym momencie czuć ten klimat pochodzenia Eddiego od rdzennych Amerykanów. No i uwielbiam ten rytm, świetny kawałek.

Strona B – krew krew krew!!! Uwielbiam ten przeraźliwy wrzask. On tutaj tylko wrzeszczy – no i słychać te struny głosowe, które mogą zaraz pęknąć. Reavierviewmirror – znowu muszę pochwalić Abruzzesse. To tempo, to szaleństwo w tle. I te tempo i pisk gitar. Eddie twierdzi, że ten numer jest chyba zbyt popowy. Ja miałem to szczęście słyszeć go dwa razy na żywo. Świetnie to wychodzi w realu. To zresztą był mój pierwszy numer PJ, który usłyszałem na żywo. To był 2007 rok, stadion w Chorzowie. Tak właśnie, rozpoczęła się jedna z moich ulubionych chwil koncertowych w życiu. Na końcu tego numeru słychać też jak wściekły Dave rzuca pałeczkami o ścianę. Podobno po nagraniu tego numeru był tak wkurzony presją, że przebił jeszcze werbel i zrzucił go z klifu. Tutaj na filmie widać ile energii wkładał w grę.

_DSC0230

Rats – ten chropowaty wokal Eddiego jest widoczny prawie na całej płycie – ten numer też ma taki nietypowy groove – jednak jak każdy na płycie uwielbiam go – po prostu posłuchajcie solóweczki – miód, riff mięsisty, perkusja energetyczna, bas pięknie dudni, a Eddie wrzeszczy całym sobą.

Elderly Woman Behind the Counter in a Small Town – również mogłem usłyszeć dwa razy – piękny utwór. Taki na odetchnięcie. Jak dla mnie to taka bardzo bobdylanowska ballada. Na winylu ładniej mi brzmi bas niż na CD – tam go jakoś nie słyszałem tak dobrze. Ładne jest też wykonanie Charlotte Martin, która nagrała go na swój album Reproductions.

_DSC0232

Leash – zrzuć tę smycz, ten kaganiec, to jarzmo – świetny buntowniczy kawałek zespołu który po prostu czuł się na uwięzi. Energią pasuje do reszty tych żywotniejszych kawałków z płyty. Jak dla mnie – jest to najbardziej brzmieniowo numer nawiązujący do ich debiutu Ten – to chyba te riffy brzmią tak podobnie.

Ostatni na płycie Indifference (przy okazji, ktoś stworzył prosty, a naprawdę idealny teledysk do tego kawałka) – uwielbiam ten spokój, ten tekst, smutny, ale taki prawdziwy. Dający nadzieję i uspokojenie. To był ostatni numer podczas wieczoru w Chorzowie – i to była jedna z piękniejszych chwil w życiu. To już było spełnienie moje marzenia by to usłyszeć. Cudowne zakończenie tamtego dnia.

4 Comments Add yours

  1. no1objector pisze:

    Kilku perkusistów przewinęło się przez PJ i każdy wniósł coś innego. Dave był tym, który jako osoba pasował do reszty najmniej, ale za to grał z takim czadem, że aż dech zapierało. Co więcej świetnie się go oglądało. Uwielbiam takich perkusistów, po których widać, że grają całym sobą.

    1. tomilol pisze:

      dokładnie.. podobnie działa na mnie Grohl.. może to Dejwy tak mają?

  2. grlzrbnck pisze:

    Świetna produkcja, moja ulubiona płyta PJ. Szkoda że Backspacer i Lighting Bold mają już wygładzone brzmienie. Co do Dave’a to bardzo lubiłem jego bębnienie na Vs i Vitalogy. Szkoda że nie dogadywał się z resztą składu. Jack Irons jednak bębnił w zupełnie innym stylu.

    1. tomilol pisze:

      idealnie pasował do tych albumów na V… Irons jakoś tak przelecisał bokiem.. nie był zły.. ale nie skupiłem się na nim zbytnio.. on chyba tylko na yield się udzialał.. wraz z ponownym pojawieniem się Matta zrobiło się tak bardziej rodzinnie.. teraz np. nie wyobrażam sobie Abruzzesse na bębnach..

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s