John Mayer – where the light is, live in Los Angeles, BD

_DSC0041

Moja (w tym przypadku mogę powiedzieć – nasza, bo Kasia rozumie to zbieranie) kolekcja płyt DVD i BD z koncertami również domaga się wspomnienia.

Niedzielny wieczór zasługuje na coś spokojnego, ale z życiem. Takie jest to trochę zaprzeczenie, podobnie jak ten koncert składający się z kilku różnych od siebie części. Różnych muzycznie, ale też pod względem mojego zauroczenia lub zniesmaczenia.

Nie znam zbyt dobrze Johna Mayera. Nie mam nawet jego płyt w kolekcji. Jednak ten koncert musiałem mieć. Kupiliśmy go pod choinkę mojemu teściowi, a kilka miesięcy kopia zawędrowała do naszego odtwarzacza.

Zacznijmy od plusów w tym co uważam za najważniejsze. Koncert jest prześwietny. Prawdę mówiąc to trzy koncerty zagrane tego samego wieczoru w Los Angeles. Materiał zaczyna się pięknym widokiem na to miasto. John grający na wzgórzu, a w tle Miasto Aniołów – przepiękne ujęcie. Pierwsze utwory zagrane przez Johna solo na gitarce skupiają się na tej bardziej komercyjnej stronie jego twórczości. Przyznam szczerze, nie kojarzyłem tego gościa. Poznałem go właśnie od tej płyty, Ta część to akustyczny rock, wspierany od pewnego przez coraz większą liczbę gitarzystów. Bardzo ładnie skowerowany numer Free Fallin‚ Toma Petty’ego. Znacznie odbiegająca od oryginału. Ogólnie ten set jest ładny, stonowany. Jest to pop, ale całkiem przyjemny.

_DSC0042

Zaraz potem o wiele dla mnie ciekawszy set zagrany w trio. Zagrane z basistą Pino Palladino i perkusistą Steve’m Jordan’em. Te numery mają już więcej życia. Cudnie brzmi bas, perkusista też daję radę. Sam John jest jakiś taki bardziej wyluzowany. To jest już blues. To jest już prawdziwe granie jak dla mnie. Żyjący swoim życiem. Zmieniające się za każdym razem. Nie odegrane automatycznie jak na płycie CD. Mayer gra świetne solówki. Takie brudne, nawet bym powiedział Hendrixowe. Zresztą do samego Jimiego jest ukłon w coverze Bold as love. Vultures to chyba największy hicior tutaj. Ma ładny flow, to wszystko przez ten przemiły bas. Good love is on the way jest również bardzo udane. Pomiędzy nimi pojawia się znowu ciekawe i spokojne Out of my mind. Bardzo ładne. Bardzo się cieszę, że ten set jest dłuższy od tego popowego. Jak dla mnie jest bardziej organicznie. Jest więcej przestrzeni i szczerości.

Trzecia część jest zagrana z całym zespołem. Tu są zagrane największe hiciory jak Gravity i Slow dancing in a burning room. Ten fragment koncertu jest najdłuższy. Nawet jeśli jest to znowu bardziej popowe, przyjemnie się tego słucha. Momentami czuć tu również bluesa. Ta część jest pośrodku tych dwóch wcześniejszych. No i trzeba przyznać, że muzycy, którzy otaczają Mayera to pełna profeska.

_DSC0043

Co do samego koncertu ze strony technicznej.  Na blu-rayu wszystko jest jakościowo dopieszczone. Obraz jest ostry, praca kamery bardzo dobra. Dodatki są ciekawe. Fajnie się ogląda te przejścia pomiędzy poszczególnymi częściami koncertu. Oprócz tego można też na blurayu dostać się do dodatków, które należy ściągnąć za pomocą usługi BD-Live.

No to przejdźmy do minusów, które nie są dla mnie aż tak istotne by tej płyty nie mieć. John Mayer wydaje się być gburem. Gwiazdorzy, cwaniaczy. Nie słucha się jego tekstów i żartów z przyjemnością. Jak dla mnie mogłoby tego nie być. Nie wydaje mi się, że polubiłbym tego gościa. Może przesadzam, ale wydaje się być nieprzyjemny i zadzierać nosa. Teraz ja na takiego wychodzę, bo przecież prywatnie go nie znam.

Mimo tego, polecam ten koncert. Muzycznie jest świetnie, warto przeboleć te moje subiektywne minusy, bo to muzyka jest najważniejsza.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s