Godsmack

_DSC0126-001

Rok 2001 i Kudłaty (jeszcze wtedy trochę łysy) poznaje mocniejsze klimaty. Slipknoty, Systemy i do tego znalezione Godsmack. Chyba wtedy ich poznałem dzięki audycji Wita na Viva Rock (wtedy gdy na kanałach muzycznych leciała muzyka jeszcze). Piękne wakacje – spędzone głównie na trasie pomiędzy Bolesławcem, a Dąbrową. Czasy, gdy jako jeszcze nastolatek czułem się dumny, że mogę spędzić noc poza domem u kolegi. Gdzie spało się na dachu, albo na podwórku. Czasy gdy poznawało się ludzi, człowiek podkochiwał się w kimś, a potem w kimś innym. Czasy zupek chińskich i wina Czarna Perła (jedyne wino, jakie znałem z datą ważności – bez obawy, zawsze zdążyliśmy spożyć przed terminem przydatności). Piękne czasy, człowiek był młody, głupi, nieśmiały, cieszył się chwilą. Chyba najwspanialsze wakacje – piękne wspomnienia. Wtedy słuchałem tej kasety do zmęczenia (kaseta została zniszczona – dzięki siostra). Zaraziłem nią również kolegę  – pamiętam, że kazał mi zapisać fragment tekstu Voodoo, by namalować go sobie markerem na plecaku kostce – poważne mieliśmy sprawy na głowie.

Album zakupiłem przez utwór Whatever – to przez tę energię – uwielbiałem wtedy wrzeszczeć z Sullym refren. Ja wiem, że to granie to nic odkrywczego, że to jest wtórne, ale wtedy nie wiedziałem. Wtedy to było odkrycie! Voodoo z tym plemiennym klimatem (i genialnym teledyskiem). Energia gitar w Stress powalała wtedy na kolana. Bardzo lubiłem też wstęp do Immune, z tymi cytatami i tą ciągnącą się gitarą. Zresztą uwielbiałem wszystkie przerywniki na tym albumie. Nie miałem pojęcia jaki jest ten komunikat w Someone in London – możecie uwierzyć lub nie, ale naprawdę odkryłem jego znacznie właśnie w Londynie. Słuchając wcześniej na kasecie nie zwracało się uwagi na tytuły więc nie zajarzyłem. Pamiętam jak dziś, pierwszy dzień w Londynie, wysiadamy z metra i nagle słyszę – „Mind the Gap” – TO Z GODSMACKA!!! – ale mi się gęba uśmiechała wtedy, taki byłem z siebie dumny. Wróciłem do domu i wtedy skojarzyłem to z tytułem.

_DSC0127

Było tam jednak kilka kawałków których nie lubiłem już wtedy (tzn, były ok, ale jakoś nie porywały) – Time Bomb – trochę mnie irytował – zbyt jednostajny jakiś. No i jeszcze Now or Never – strasznie Sully wnerwiał z wykrzykiwaniem tego tytułu. Zawsze lubiłem Get Up, Get Out – jednak teraz wiem od kogo Sully zapożyczył sobie tę manierę. Wtedy jeszcze tego nie zauważałem. Zresztą AIC poznałem lepiej dopiero jakoś pół roku później. Co do tekstów, to są ok. Nic nadzwyczajnego dla mnie, po prostu – rock’n’roll. Lubię wokal Sully’ego, pomimo pewnego nudziarstwa po dłuższym czasie. Jednak z tego co widziałem, na koncertach zespół wypada bardzo sobrze, a Salvatore ma tę parę w płucach.

Obecnie wiem, że ta muzyka to nie jest już to samo. Utwory brzmią trochę jednakowo – brzmienie jest płaskie. Trochę potrafią przynudzać – na przykład Situation, które jakoś nie prowadzi do niczego. Jednak tyle wspomnień mam z tą muzyką, że musiałem zakupić ten album na CD. Ładne jest to logo na samym krążku – podobało mi się zawsze pomimo kolejnej inspiracji z Alicji. W książeczce szału nie ma, ale za to dziewczyna z okładki jest bardzo charakterystyczna i już zawsze będzie mi się kojarzyć z tym albumem. Popyt na krowie kółko wciąż jest aktualny, nawet w szkole gdzie pracuję.

2 Comments Add yours

  1. Arek Kadiusz pisze:

    Później chyba tylko Stand alone dało radę. Ale było to coś nowego na rynku muzycznym.

  2. tomilol pisze:

    zgadza się, też dawało radę.. to Arek? – pan perkusista od angielskiego?🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s