Pearl Jam – Live, Perth Australia, February 23rd 2003

Dziwne, że pierwszym opisywanym  albumem Pearl Jam’u jest właśnie koncertówka, ale to chyba ma jakiś sens. To jest pierwsza płyta w mojej PearlJamowej kolekcji, wcześniej miałem tylko kaseciaki. Płyty nie kupiłem – wygrałem ją. To był czas gdy w Radio Index wygrywałem co chwilę. Piątkowy wieczór siedziałem jak na szpilkach by zadzwonić. Tak więc na moim Sagemie (który przy okazji nie miał funkcji wyświetlania godziny, więc czas na nim sprawdzałem przez godzinę podaną na smsach) miałem wykręcony numer by sekundy po pytaniu być tym pierwszym. To chyba moja najlepsza wygrana zdobycz. Żałuję, że nie udało mi się zdobyć również bliźniaczej płyty z Japonii. Pamiętam, moment jak wpadłem do Radia i już mnie tam poznali (po ostatnich moich zdobyczach – dwie koszulki Audioslave i podwójny kaseciak Lost Dogs). Po tym wypadzie uznałem, że chyba trzeba spasować i przestałem dzwonić. Ciekawe czy jeszcze prowadzą w piątki wieczorem tę audycję.

Tak więc to był mój pierwszy album CD – PJ, od tego zaczęło się kolekcjonowanie ich dorobku. Przesłuchane do granic niemożliwości. Pamiętam jak po Corduroy Eddie wita się z tłumem słowami, „Perth, ostatnia noc, końcowy pobyt na trasie w Australii……..  zostaw to co najlepsze na koniec”. Pamiętam jak po Even Flow przedstawiony został Matt Cameron. Dużo tu utworów z ówczesnego studyjnego Riot Act. Są też oczywiście klasyki. Piękne wykonanie „Jeremy”, bardzo szorstkie, ale są ciary na plecach. Bardzo łagodnie rozpoczynające się „Love Boat Captain” ze słowami „lost some friends we got to know”, no a potem szalony Mike McCready na solówce. Ten kawałek zabrałem kiedyś na college gdy na zajęcia mieliśmy przynieść jakiś love song.

Zawsze mnie też zastanawiała ta improwizacja na pierwszej płycie. Nie kojarzę by coś z tego powstało. Natomiast ostatni na pierwszej płycie „Habit” jest genialny: krwisty, chropowaty, piękny. Piękne jest „Daughter” z udziałem publiczności, cudownie to brzmi na głośnikach. „Throw your arms around me” zagrane z Markiem Seymourem, przy którym Eddie wypada naprawdę słabiutko. Jeśli ktoś ma DVD Live in the Garden to może sobie to nawet zobaczyć.

Już w następnym  ( i przedostatnim) „Alive” Eddie jest sobą i daje z siebie wszystko, tylko, że to Mike jest po raz kolejny królem – co za solo! Na koniec „Fortunate Son”, które bardzo lubię w ich wykonaniu. Piękne zakończenie genialnego show. Kiedy Pearl Jam znowu będą w pobliżu?!? Jeśli chodzi o okładkę to jest piękna, prosta z fragmentem flagi Australii. Płytki są bliźniacze z wymiennym kolorami. Bardzo mnie się to podobuje.

Ogólnie bardzo dobry koncert z Perth. Tak przy okazji, byłem w Perth. W tym około 15tysięcy kilometrów na północ, ale mogę to chyba sobie zaliczyć.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s