Nine Inch Nails – The Fragile

19 maj

_DSC0356-001

Pan Reznor podobno cierpi na depresję. Nie jest to takie dziwne jak weźmie się pod uwagę jego biografię. Ostatnio podobno ma się bardzo dobrze. Pomagał nieco przy nowym albumie Queens of the Stone Age, który już niedługo pojawi się na rynku. Zresztą razem z Josh’em Homme i Dave’m Grohl’em nagrali utwór Mantra na album Sound City. O tym projekcie kiedy indziej, bo ta płytka też już kurzy się na mojej półce (wada posiadania ciemnych mebli i kudłatego psa).

Postanowiłem więc przypomnieć sobie płytkę z muzyką elektroniczną. Taka, która zrobiła kiedyś na mnie ogromne wrażenie. Wbiła w ziemię, przerażała dźwiękami i dołowała tekstami. Można nie lubić twórczości Trenta Reznora, ale on ma po prostu łeb do muzyki. Trzeba to docenić. Nine Inch Nails to całkowicie jego twór. To nie zespół, to jego muzyczne wcielenie. Wszystko podlega jego surowym regułom. Wszystko, każdy dźwięk jest przez niego dopieszczony. Ta muzyka jest dla mnie czymś dziwnym. Ona jest brudna, przesiąknięta chaosem, chorymi dźwiękami. Jednak tam są piękne melodie.  Zwłaszcza klawisze. Jak dla mnie klawisze są znakiem rozpoznawczym tego albumu. Ten cały chaos i brzydota są idealnie dopasowane do siebie tworząc paradoksalnie coś pięknego.

_DSC0372-001

Album akurat rozpoznałem przez teledysk to We’re in this together. Ogromnie podobała mi się ta koncepcja ucieczki. Potem do fascynacji doszedł tekst i muzyka. Piękne jest na przykład to, że przez cały refren słychać tamburyn. Przy tej całej elektronice, gitarach Trent Reznor stwierdza, że tu właśnie musi być tamburyn. Pasuje idealnie.

Tytułowy The Fragile to kolejny dla mnie wyznaczający się numer. Jednak jak mam być szczery to czasem słuchając tego albumu ciężko mi odróżnić jeden numer od drugiego. To nie jest wada. Po prostu tego raczej słucha się jako całości. O instrumentalnym numerze La Mer wypowiedział się kiedyś sam autoru. Podobno zamknął się w swoim domu nad morzem rzekomo pracując nad muzyką. Przyznał jednak, że w tamtym czasie planował popełnić tam samobójstwo. Utwór La Mer powstał właśnie w tamtym czasie i domu. Podobno odgrywając go wraca myślami do tamtych czarnych chwil. Postanowił, że (być może by odczarować urok  tego miejsca) w tym domu weźmie kiedyś ślub. Jak powiedział tak zrobił w 2009. Teraz mieszka z żoną i dwójką dzieci. Może w końcu odczarował los.

Na płycie prawej najmniej pasującym dla mnie utworem do reszty jest Starfuckers. Lubię go jednak i sam teledysk, w którym Trent Reznor wyrzuca płyty kilku artystów kibla zawsze mnie rozśmiesza. Wśród tych płyt jest przecież również NIN. Na koniec pojawia się pewien pan znany jako Brian Warner. W końcu to protegowany Trenta. Zapożyczył sobie z pewnością potem pomysły do teledysków od Reznora.

_DSC0357-001

Tego albumu słuchałem już w różnych miejscach. Daje radę w aucie jadąc wieczorem (powrót z Bieszczad). Można słuchać głośno na sprzęcie. Jednak najlepiej na dużych słuchawkach. Po prostu wtedy można docenić przemieszczający się dźwięk. W takim pięknym Into the Void słychać szept Reznora, najpierw do lewego a potem do prawego ucha. Z innych pięknych momentów to z pewnością kawałek – The mark has been made. C-U-D-O. Wokal Reznora jest ok, jednak jakoś tak lubię posłuchać bardziej muzyki. Na szczęście Reznor popełnił kilka lat temu świetny album Ghosts, gdzie można delektować się samą muzyką. On jest zapisany w musthave’ach - widziałem go na winylu więc kiedyś w takiej formie go nabędę.

Fragile to mój ulubiony album Trenta. Jest po prostu kwintesencją jego muzyki. Jakbym miał komuś polecić twórczość NIN polecił bym właśnie te dwa krążki. Ja słucham zawsze od lewego do prawego (jak to Kayah nakazała).

_DSC0367

Jak mam się do czegoś przyczepić to przedostatni na prawej stronie Underneath it all. Jak dla mnie to odstaje po prostu od reszty. Ciężko mi się go słucha. Chociaż pewnie kiedyś go w końcu “załapię”. Mam też pewne skojarzenie z nazwą tego zespołu  Zawsze myślałem, że chodzi o paznokcie, a to były gwoździe. Dowiedziałem się wiele lat później. Z ciekawostek – okładką miało być zdjęcie z tyłu – jednak jakoś irytowało Trenta. Cały artwork to podobno sztuka. Po historii z Load Metaliki wolę nie dociekać co tam jest na tych zdjęciach.

Lipali – Bloo

15 maj

_DSC0134

Druga płyta (chociaż w sumie no można powiedzieć, że trzecia) Lipaków to album, z którym mam bardzo miłe wspomnienia. Płyta zwie się od rysunkowego stworka Bloo, który śmigał gdzieś po Cartoon Network. Skojarzenie mam takie – Cartoon Network to moje dzieciństwo i poznawanie języka angielskiego. Wtedy jeszcze miałem ten kanał w oryginalnej wersji językowej i to właśnie stamtąd uczyłem się słów. Pamiętam, że wiele osób nie lubiło na tym kanale Flintstonów i Jetsonów bo byli zbyt nudni – za dużo gadali. Ja podświadomie właśnie te bajki wciągałem najbardziej. Do tego jeszcze kot Top Cat (w Polsce to był kot Tip Top), który to sobie lubił pogadać. Później pojawiły się 2 Stupid Dogs, Jam łasica no i ten genialny Dexter. Nadal zdarza mi się oglądać rysunkowe bajki, jednak już te bardziej dorosłe, wciąż wciągam Simpsonów, South Park, Futurame i Family Guy’a.

Rysunkowe jest też od dziś logo stronki. Tak mi się spodobały grafiki pewnego Ludzika, że aż zapragnąłem mieć swoją ludzikową wersję. Ten oto jegomość idealnie potrafi naludzikować każdego gracza zielonogórskiej drużyny Stelmetu/Zastalu. Tak powstał ludzik z elektroniką na uszach, który moim zdaniem idealnie pasuje na Kudłatego Słuchacza. Szczęśliwa 17stka na koszulce Zastalu do tego. Nie mam pojęcia dlaczego czepiła się mnie ta właśnie liczba, ale od kiedy pamiętam używałem jej właśnie gdzie popadnie. Jeszcze w podstawówce kojarzę ten numer z w-fu.

_DSC0141-001

Wracając do Bloo mam jedno mega wielkie wspomnienie. W 2006 roku, przed wydaniem albumu mieliśmy z zespołem Lipali bardzo miłe spotkanie. Jeszcze za czasów gdy na stronie Vendetty coś się działo, chociaż osób na forum było tylko sto trochę ktoś wpadł na genialny pomysł. Dlaczego by nie spotkać się nad jeziorem wszyscy my i trochę się zabawić. “To naprawdę dobry pomysł” pomyślało kilkunastu członków tegoż forum. ”To naprawdę dobry pomysł” pomyślało również 3 członków zespołu Lipali. Tak więc spotkaliśmy się wszyscy nad pięknym jeziorkiem, gdzie mogliśmy pogadać, pośmiać się pograć w nogę, popić z moimi muzycznymi bohaterami. Kto by pomyślał w 2000 roku, że słuchając sobie 6ki Illusion będę z Lipą śpiewał przy ognisku. Do tego wspaniali ludzie jak Qlos, Luk, i wielu forumowiczów z którymi od czasu do czasu wciąż ma się kontakt.

My byliśmy tam dopiero drugiego dnia, dlatego my kulturalni panowie nie pojawiamy się w pierwszej części filmiku gdzie spożywane są różne napoje. My jesteśmy dopiero gdy trzeba coś przenieść, pomóc fizycznie i tam właśnie widać jak z Pawłem pchamy kufer pełen sprzętu. Moja połowa kufra porusza się bardzo sprawnie, połowa Pawła jakoś dziwnie zostaje z tyłu.

_DSC0135-001

To był też czas World Cup. Każdy więc chciał pograć też w nogę, poruszać się trochę. Ktoś więc założył siatkę i powstał genialny sport – siatkonoga – połączenia dwóch sportów, w których zawsze i wszędzie mogę pokazać swój antytalent. Zresztą na filmiku jest jedna przepiękna akcja z 2:52 gdzie dostając piękne podanie mogę zakończyć, ale nieeeee, moja noga nie potrafi tego ściąć. Sukcesem i tak jest odbicie tego okrągłego czegoś, wprost na głowę Qlosa, który ma szansę głową zdobyć punkt. To nie był fart – taki oczywiście był mój zamiar. Specjalnie tak uczyniłem by ten poczuł ochotę do ataku, by zaryzykował. Moje zagranie nogą było zrobione z głową by w głowę pana Qlosa trafić. Ten poczuł przynętę i huknął swoją lśniącą glacą w celu zdobycia kolejnego punktu. Na posterunku jest jednak mój przyjaciel prawo skrzydłowy Pablo, który odwdzięczą mu się podobnym, ale dokładniejszym zagraniem głową. Odbicie od ziemi, Qlos wyciągę szkitę by uratować akcję, ale już po wszystkim. Zagranie Pablo jest idealne i basista Lipali może się jedynie łapać za głowę. Punkt dla nas. Zwycięstwo, chwała, kwiaty, fanfary. Tak właśnie przechodzimy do historii jako legendy siatkonogi.

Dlaczego to ten album kojarzy mi się z tamtym wyjazdem. Z jednego prostego powodu. Nocowaliśmy w tym samym pokoju co Tomasz Lipnicki. Ten budząc nas rano dźwiękami swojej gitary powiedział coś w stylu: “Chłopaki, wymyśliłem numer, posłuchajcie i powiedzcie co o nim myślicie”. Tak właśnie byliśmy świadkami powstawania numeru tytułowego do tej płyty. Chcę myśleć, że tamten wyjazd był jakimś natchnieniem dla Lipy. W końcu przecież ten numer trafił na album wydany rok później. Bardzo miłe wspomnienie.

_DSC0136-001

Bardzo podoba mi się wydanie tego albumu. Graficznie jest bardzo ekologicznie i zresztą sama okładka jest godna zapamiętania. Te niebieskie łapy mam nawet gdzieś na koszulce. W środku bardzo ładna książeczka gdzie pojawiają się fragmenty tekstów. Jest to jednak tak ładnie i artystycznie zaprezentowane, że nie ma się do czego przyczepić. Moim ulubionym tekstem z płyty jest chyba numer Uczniowie Czarnoksiężnika. Razem z Pawłem wiele razy śpiewaliśmy ten refren o wiankach i sznurze. Numer Od dechy do dechy ma świetne tempo. Pięknie brzmi bas. Zresztą na całym albumie jest go bardzo dużo. Cieszy to, bo Qlos potrafi na nim wyczyniać cuda. Najbardziej popowy Jeżozwierz pojawia się pod koniec. Doczekał się nawet teledysku. Ten mi się jednak nie podoba. Jest już zbyt słodko i różowo jak dla mnie. Lekko mógł mi zepsuć odbiór tego numeru, ale tylko na chwilę. Bo to ciekawy numer, ładny tekst, trzeba znać się na graniu trochę by tak ze spokojem grać. Album opatulony jest w śpiewane w podobnym stylu logon i logoff. Ma to taki dla mnie pattonowy klimacik. Sprytnie to jest zrobione, wciąż nie wiem jednak o co chodzi z tym motylem na końcu. Może Qlos zdradzi w końcu?

Pierwszy numer na albumie zaczyna się pięknymi bębnami. Luk to świetny bębniarz. Z pewnością lepiej mu to wychodzi niż granie w siatkonogę (był chyba gorszy ode mnie nawet, hehe, albo taką miał taktykę). W kolejnym Trybunie znowu piękne bębny, jak jest ciszej dudni śliczny bas, no, a do tego mądre teksty. Numer idealny? Tak, jak dorzucić fakt, że gościnnie na klawiszach pojawia się geniusz Leszek Możdżer. Po prostu płynie z tym dźwiękiem. Zawsze brakuje mi tej klawiszowej solówki na koncercie.

_DSC0140-001

Muzycznie bardzo lubię obydwa angielskie numery, Mają świetne tempo, dobrze się tego słucha. Nie mogę jednak wciąż do tekstów się przekonać. W New One (video z telewizji śniadaniowej!!!) fajny jednak jest ten refren, tekst co to ładnie komponuje się z wcześniej wspomnianymi intro i outro. Sen o lepszym dniu jest pewnym odpoczynkiem. Runner kiedyś na moim last.fm okupywał pierwsze miejsce z najczęściej przesłuchanych utworów. Chyba dlatego, że on został wysłany w internet jako pierwszy w oczekiwaniu na album. Od tych mądrych, ale smutnych tekstów można troszeczkę odpocząć. Miła mruczanka, taka napawająca optymizmem. Dobrze, że Lipa ma wciąż na to wszystko nadzieję. Mnie to pociesza. Muzycznie muszę tu wspomnieć o solówce na gitarce. Pojawia się znikąd i pięknie tu brzmi. Zaraz potem Lipa charczy tym ilużynowym głosem. Fajny pozytywny klip też do tego powstał. 96 kul to dla mnie teraz taki troszkę zamysł Luxtorpedy jest. Dobrze to wyszło, nie znam dokonań Afronta, ale to energetyczny tekst i ogólnie dość ciekawy numer. Chciałbym to na żywo kiedyś usłyszeć.

Ten album jakoś zawsze działa na mnie kojąco. Idealnie pasuje na taką pogodę. Ma się ochotę założyć słuchawki, wsiąść na rower i pędzić przed siebie. Zapomnieć o wszystkim i po prostu słuchać..

Soundgarden – Badmotorfinger

9 maj

_DSC0030

Zdaję sobie sprawę, że to tylko sport. Wiem, że są ważniejsze sprawy niż wygrana lub przegrana ulubionego zespołu. Jednak tak zły jak byłem w ostatnią niedzielę i tak wesoły jak byłem wczoraj zawdzięczam właśnie wynikom sportowym zielonogórskiego Zastalu/Stelmetu. Jest półfinał, będzie więc można te kilka meczy jeszcze emocjonować się troszkę. Chciałem wspomnieć o ostatnich wydarzeniach w zielonogórskiej koszykówce. No bo co ja mam pisać o najlepszej moim zdaniem płycie Soundgarden. Tutaj nie ma słabych momentów. Po prostu genialne granie. Świetne teksty. Największe wg. mnie hiciory jak Rusty Cage, JChP, Outshined, czy też mniej znane i moim zdaniem niedoceniane Holy Water, New Damage. Ta płyta jest ideałem jak dla mnie. Nie jest jeszcze ideałem gra Stelmetu, ale można lekko ponawiązywać.

Tak więc po tym zwycięskim meczu szukałem czegoś na półce. Czegoś energetycznego, radośniejszego, mocnego.

Otwierające dwa pierwsze kawałki pokazują moc. Są te mięsiste riffy gitarowe, jest siła, jest moc. Jest energia. Nie ma zbyt dużej szybkości (jak początek meczu zresztą), ale jest ta potęga, którą Zastal pokazał wczoraj w obronie.

Rusty Cage – to Walter Hodge wyglądał wczoraj jakby uciekł z tej klatki niemocy. Kilka ostatnich meczy wyglądał jak dosłownie zardzewiały. Przecież w niedzielę potykał się dosłownie o własne nogi, a wczoraj znowu był liderem. Czuć było tę energię, którą dawał tu w Zielonej Górze przez ostatnie 3 lata.

Outshined – zaćmieni, a nawet przyćmieni to byli wczoraj gracze Czarnych Słupsk. Nie widać było ani jednego gracza, który mógł ich poprowadzić do zwycięstwa. Doprowadzili odważnie do tego 5ego decydującego meczu, ale nie potrafili i chyba nie chcieli go wygrać. Tak to właśnie wyglądało. Jakby przestraszyli się, że mogą jednak ograć ten przereklamowany Stelmet Zielona Góra.

_DSC0031

Slaves and bulldozers – podziwiam trenerską pracę Andreja Urlepa. Ma on opinię szaleńca. Podobno daje swoim zawodnikom ostry wycisk na treningach, ale to naprawdę dobry trener  W końcu zdobył 5 mistrzostw w PLK. Dlatego pomimo narzuconej nam łatki faworytów, ja obawiałem się co przygotuje drużyna ze Słupska. No i podczas pierwszego meczu wyglądali dosłownie jak buldożery nie do przejścia. Nasi męczyli się, ale nie było siły na tych świetnie fizycznie przygotowanych zawodników, którzy niczym niewolnicy wykonywali rozkazy swojego trenera.

Tempo Jesus Christ Pose pokazuje to co działo się wczoraj po stronie obrony Zastalu. Zasłony, przechwyty, twarda gra, szybkość no i zaskoczenie. Uwielbiam ten numer, po prostu przygniata swoim ciężarem.

Face Pollution – uwielbiam ten okrzyk na początku i gdzieś tak po minucie tego gitarowego szaleństwa -  Najpierw gitarowa wymiana koszy. Nasz za ich, ich za nasz. Wynik stał w okolicach remisu gdzieś do połowy pierwszej kwarty. Ale za chwilę - WOOOOHOOOO – jedziemy do przodu!!! Tak jest, poczuliśmy krew i teraz trzeba to dokończyć. Po prostu widać było, że jesteśmy w gazie.

Somewhere - gdzieś indziej byli przyjezdni kibice. Nie wpuszczono ich tak jak zawsze za ławkę swojej drużyny. To się stało pierwszy raz od kiedy mamy tę piękną hale CRS-u. Trochę mi to jednak nie pasowało, ale nie była to decyzja naszego klubu. Podobno komisarz ligi tak zarządził. Podejrzewam, że nikt z naszego klubu nie walczył by było inaczej. Jednak to i tak nie miało wpływu na mecz. Czarni nie daliby rady wczoraj wygrać.

Searching with my good eye closed - bardzo lubię intro do tego kawałka. The Rooster says…. The Devil says…. Czarny humor. Nie muszę mówić kto miał taki wczoraj. Jak nie uwielbiać każdego z muzyków w tym numerze (na tej płycie). Matt Cameron zmienia tempo kiedy chce, panowie gitarzyści robią wszystko by było różnorodnie solówki, chaos, piękne melodie. Bas brzmi potężnie. Łukasz Koszarek zmienia tempo gry kiedy chce, nasi gracze w ataku grają różnorodnie, pod kosz, na dystans, piękne wjazdy w pole trzech sekund. Hosley imponuje potężną obroną. Walczy, leży, rzuca się po każdą piłkę. Uwielbiam takie granie – mówię i o płycie i o meczu.

_DSC0032

Room a Thousand years wide – powolne, chaotyczne tempo i zaskoczenie na koniec – trąbka? Tym zaskoczeniem mogła być świetna dyspozycja w pierwszej połowie Marcina Sroki. Po 20 minutach to on właśnie liderował w punktach (na spółkę z Hodgem). Co chwila zaskakiwał tymi trójkami. Jak nokaut – Raz! Dwa! Trzy! To co najbardziej mnie jednak zaskoczyło to jego cierpliwość i spokój. Te rzuty wykonywał bez pośpiechu. Tak jakby miał na to tysiąc lat.

Mind Riot – to miałem w niedzielę – po prostu nosiło mnie. Taka wściekłość i bezradność, że nie oglądałem ostatnich 5 minut meczu. Po prostu wyłączyłem TV. No jasne, że śledziłem mecz w internecie, ale dla swojego zdrowia nie patrzyłem na to co się dzieje na boisku.

Drawing Flies – znowu trąbka? Czy tam znowu jest trąbienie? Jaki tu jest bas!!! Jakie to jest dziwne – tylko jak tu teraz na siłę podciągnąć to pod Zastal. Chyba wiem – kolejne zaskoczenie. Męczyliśmy się 5 meczy z Energą Czarnymi – teraz półfinały i wydaje się, że będzie nam teraz łatwiej – gramy z Koszalinem. Nie powinienem tego mówić, ale każdy tak myśli. Jesteśmy faworytem. Wiem, że mogę wykrakać, ale powinniśmy to wygrać. Zresztą, obiecałem, że jak dotrzemy do finału to zaśpiewam oficjalnie tę okropną (jak dla mnie) przyśpiewkę kibiców zaczynającą się od słów “Bo Zastal, bo Zastal”. Coś czuję, że tak się stanie. Zobaczymy i usłyszymy.

Holy Water – jak Chris Cornell tu pięknie brzmi!!! Balsam łagodzący dla uszu. Po prostu cudownie. Jak woda popłynęliśmy równym tempem wczoraj. Nie było jakichś skoków ciśnienia. Zagraliśmy równo czego już dawno nie było w naszej grze. Taki mecz jest jak okład na moją zmęczoną głowę po ostatnich wpadkach klubu, zarządu, zawodników i trenera.

New Damage – czas na nowe zniszczenia. Cel – Koszalin.

Riverside – Out of myself

6 maj

_DSC0003-003

Wreszcie dorwałem ten album na jakimś nośniku. Trwało to mega długo, ale trzeba było uzupełnić kolekcję. Dzięki podpowiedziom Macieja o zniżkach w empiku w końcu go umieściłem na półeczce przed innymi Riversajdami.

Album, który sporo namieszał w moim życiu. Jakoś od tego się zaczęło poszukiwanie wszystkich Porcupineów, Anathem i ogólnie tego podobnych płyt. Wtedy też wróciłem do Floydowych albumów. Out of Myself był takim haczykiem, który pociągnął za sobą sporo kolejnych płyt. Kojarzy mi się z moją dobrą kumpelą Kasią G. z czasów studenckich. Pamiętam, że podzieliłem się z nią tym albumem i chyba jej się spodobał. Jeśli dobrze pamiętam to słuchaliśmy tego przygotowując się do egzaminów. Wymiana inspirujących melodii pojawiała się za pomocą zapomnianego już przez mnie komunikatora gg. Mam wrażenie, że ten egzamin to była filozofia. Nie mam pojęcia jak ja to zdałem. Ale zakuwałem ostro. Niestety sprawdziła się regułą 3xZ. Na czwarte Z też był potem czas. W końcu trzeba jakoś odreagować. Kawałek In two minds towarzyszył mi non-stop. Katarzyna to była super kumpela, szkoda, że teraz przebywa tak daleko. Miło byłoby się spotkać powspominać. Ostatnio widziałem ją na jej weselu. To już będzie 4 lata. Frazes, że czas szybko leci znowu się sprawdza.

_DSC0006-002

Już otwierający The same River pokazuje wielki talent tych muzyków. Wszystko jest na luzie, nikt się nigdzie nie śpieszy. Zdaję sobie sprawę, że chłopaki poszły naprzód, że nowy materiał jest lepiej wyprodukowany, jest postęp w tekstach,kompozycjach. Jednak to ten album zawiera takie perełki jak tytułowe Out of Myself. Zaraz po tym przepięknie smutny I Believe. Ogromnie smutny tekst, zwłaszcza końcówka. Obydwa Reality Dream są utworami do których potrzebuje nastroju. Bywa, że są takie dni, że ni da rady tego słuchać. Dziś jednak działają jak antidotum na frustrację. Bardzo ładnie słychać, tę walkę klawiszy z gitarami. Zresztą, ciężko opowiada się o takiej muzyce, brak tu jakichś reguł, wszystko jest dzikie, wydaje się nie kontrolowane. Jednak cała ta przestrzeń, cały ten harmider to po prostu jest talent tych muzyków. Pomyśleć, że wcześniej grali death metal. Ta płyta, ten zespół okazał się nową drogą, która potem potoczyła ich ku wielkiej karierze. Piękna jest solówka w 4tej minucie pierwszego z tych utworów. Ciekawy motyw z tym budzikiem, dobrze, że zadzwonił, bo ten sen nagle zaczął być koszmarem. W Loose Heart słychać jaki talent ma Duda do wymyślania linii melodycznych wokalu. Wszystko pięknie tu współbrzmi, no i znowu te solówki. Na moim pierwszym koncercie przeszła mi przez głowę myśl,że Piotr Grudziński podpisał kontrakt z diabłem. Brzmi przecież momentami jak Gilmour. No, a pod koniec ten przeszywający wrzask Dudy. Mógłby częściej przechodzić do takiej ekspresji. The Curtain Falls brzmi w pierwszej połowie bardzo jazzowo. Potem znowu wracamy do nieprzewidywalnych dźwięków tworzących sensowną całość. Zastanawiam się czasem jak można odegrać taki długi skomplikowany utwór na koncercie. To przecież trwa 8 minut. Zawsze się śmiejemy z Pawłem, że na koncercie Riverside wystarczy zagrać 4 utwory i można kończyć. Nie wiem co jest tym tykającym dźwiękiem w ostatnim na płycie OK, ale zawsze kojarzy mi się z zegarem. Kończący utwór jest bardzo smutny. Pogodzenie się ze smutkiem, bólem, że tak już będzie i nic tego nie zmieni. Ciężko to nam czasem przychodzi. Jednak to chyba nie grzech czasem się posmucić. No, ale nie można przecież dopuścić do bycia jak to śpiewają Lao Che “nałogowym melancholkiem”. Dlatego właśnie ten album nie pasuje zawsze i wszędzie.

_DSC0007-001

Ładna ta książeczka i okładka. Pasuje zresztą do całego tryptyku albumów. Zresztą dla mnie jest ogromnym zaskoczeniem, że Travis Smith, który pracuje takimi legendami jak Devin Townsend, Opeth czy choćby Katatonia, pracuje z Polakami. Teraz to ma oczywiście sens bo to jest już muzyka znana na całym świecie. No,ale należy pamiętać, że moja płyta to reedycja. Oryginalnie płyta miała inna okładkę. Szczerze mówiąc ta z reedycji jest ładniejsza, ale tamta oryginalna zapadła mi bardziej w pamięci. Szkoda, że nie kupiłem tego albumu wtedy. Jedyne co zostało z tamtej okładki do dziś do czcionka RIVERSIDE.

_DSC0005-002

To chyba tyle. W końcu mam całą dyskografię i bardzo mnie to cieszy. Aha i jeszcze coś. Gitarzysta Riverside jest ogromnie podobny z wyglądu do mojego wykładowcy z UMK w Toruniu. Po prostu dwie krople wody.

Robert Plant & The Strange Sensation – Mighty Rearranger

5 maj

_DSC0006-001

Ale mi niespodziankę zrobili ostatnio. Na zakończenie liceum od moich wychowanków dostaję duży koszyk. No, a w środku płyty z muzyką! Normalnie, aż mnie zatkało. To zakończenie to był chyba jeden z takich moich ostatnich obowiązków wychowawcy. Zastanawiam się czy nie będzie mi brak tych uczniaków, którzy teraz dorośli i niedługo staną się studentami. Będę sobie ich wspominać gdy zapuszczę sobie każdą z tych płyt. Zresztą ostatnio zrobiłem sobie wyprawę samochodową i zabrałem właśnie tylko te albumy. Wszystkich przesłuchałem i będę słuchał wiele jeszcze razy.

Ten album poznałem chwilę po premierze w 2005 roku gdy byłem na studiach. Miałem go w moich must have’ach i to właśnie tam z pewnością zajrzeli i mi go sprezentowali. Świetny wybór.

_DSC0003-002

To podobno najbardziej post-zeppelinowy materiał Planta. Mnie po prostu oczarował jego wokal. Byłem i nadal jestem w szoku  że on mając prawie 60 lat  śpiewa tutaj chyba nawet lepiej jak za czasów Ledowych. No i każdy utwór tutaj ma w sobie coś pięknego. Nie znam zespołu Strange Sensation z którym nagrany był ten album, ale solówka w The Enchanter jest przepiękna. To sprawiło, że wyszukałem obydwu panów gitarzystów. Ten od solówek to pan Skin Tyson. Drugi pan gitarzysta to Justin Adams lubujący się szczególnie w rytmach afrykańskich. To od niego pochodzą te wszystkie orientalne wstawki. Muzyka ogólnie jest świetnie dobrana. Rock połączony z klimatami wschodu. Bardzo dobrze słychać to w Takamba gdzie Plant tworzy piękny duet z gitarami. Otwierający album Another Tribe ma świetną konstrukcję. Tam jest masa instrumentów, a do tego ogarniający i łączący to wszystko Plant. Słychać,ze ten wokal jest starszy, dojrzalszy, jednak nie ma żadnego fałszu. Jest czyściutko i chce się słuchać jeszcze. W moim ulubionym z płyty Shine it all around jest wszystko z tego albumu. Ten wokal Planta, jak on to robi? No i gitarki takie, że aż ciary ona plechach. Idealna współpraca obydwu gitarzystów. Trzeci na albumie Freedom Fries ma przedziwne łamane tempo. Tutaj trzeba pochwalić perkusistę – Clive Deamer świetnie tutaj brzmi. Robert Plant stworzył bardzo ciekawy zespół. To są świetni muzycy z każdej strony bo już w następnym utworze Tin Pan Valley pochwalić talentem może też pochwalić się klawiszowiec. Jednak w drugiej części tego utworu króluje Plant – jaka energia! On ma 60 lat przecież, ależ to jest talent. All the Kings Horses to ładna akustyczna ballada, taki lekki odpoczynek od tego wcześniejszego elektrycznego grania. Podobny spokój mamy w Dancing in Heaven tylko, że tam już z perkusją. Dziwne by było jakbym nie pochwalił gdzieś basisty, świetne rytmy w najbardziej afrykańskim Somebody Knocking.

_DSC0004-002

Let the four wind blow zaczyna się bardzo bluesowo – podoba mi się jak tutaj naprawdę czuć ten wiejący wiatr – ta przestrzeń jest bardzo odczuwalna. Numer tytułowy to świetny bluesik gdzie klawisze brzmią trochę jakby to grał Ray Charles. W tym utworze słychać i pochwalić trzeba każdego z muzyków. Nie wiem kto pisał ten utwór ale faktycznie wielki z niego aranżator, niczym Ray Charles. Do Raya zresztą wracamy w minutowym numerze Brother Ray – to hołd zmarłemu rok wcześniej wielkiemu muzykowi. Na mojej wersji albumu bezpośrednio po Brother Ray jest jeszcze remiks Shine it all around – chyba jednak nie potrafię go docenić – za dużo tu elektroniki.

Piękny to album i ciesze się, że mam go w kolekcji. Muzykę znałem już wcześniej, grafikę poznałem dopiero teraz. Jestem pewny, że kupiłbym ten album bez słuchania. To ze względu na bardzo ładną oprawę graficzną. Są teksty, są ładne grafiki no i piękna, piękna muzyka. Taki album trzeba mieć w kolekcji. Zawsze chciałem by zdobił moją półkę. Jestem więc bardzo wdzięczny moim wychowankom, ale nie tylko za prezent, również za każdą chwilę w pracy, bo dzięki wam sporo się nauczyłem.

_DSC0005-001

Powtórzę już to co pisałem gdy się chwaliłem prezentem płytowym na facebooku: “Jak rzucali te czapki, berety, birety czy jak im tam to mi się łezka zakręciła.. Że tych uśmiechniętych osób już nie zobaczę na schodach, że nie będzie kogo ścigać po korytarzach, że sam nie będę się miał przed kim chować bo czegoś nie zdążyłem zrobić lub mi się zapomniało. Trzy lub sześć nawet lat z niektórymi (bo wychowawstwo miałem też w gimnazjum).. kurcze, w sumie fajnie było… no i w ogóle taki dumny jestem, że tak super sobie poradzili ze wszystkim.. no, a to upominek od mojej klasy.. Spryciarze, idealnie się wpasowali :) ..aż by mi było głupio nie przyjąć takiego fajnego upominku.. no i sprawili, że słuchając tych płyt będą mi się przypominać.. bardzo dziękuję!”

Płytomaniak

"Posłuchaj, bo to dobra płyta jest!"

Rolowy świat muzyki i nie tylko

Przez cały rok muzycznie, czasem książkowo i serialowo, w sezonie rowerowo, co najmniej raz do roku górsko i czasami fotograficznie:)

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.